Trzeba sobie radzić. Historia trzech spotkań.

Toniemy w dyskusji o sztucznej inteligencji. Czy zabierze nam pracę, czy stanie się świadoma, czy rok 1984 będzie już za rok? Nie jestem pewien, czy to są najwłaściwsze pytania. Zacznijmy może od bardziej fundamentalnych problemów. Opowiem Wam o trzech, przypadkowych spotkaniach, które dały mi do myślenia i ułożyły się w pewną całość. 

Co usłyszałem od 85-latka pod Halą Banacha?

Zdrowia życzę – rzucił. Niby standard, ale w ustach 85-latka, któremu z trudem pomagałem wysiąść z autobusu linii Z-9 przy Hali Banacha i utrzymać równowagę na chodniku, brzmiało to jak żart losu. Uśmiechnął się, widząc moją konsternację, a w jego oczach zapaliła się ta iskra, której nie da się podrobić – mieszanka dekad doświadczeń, cierpienia i woli życia. “Zapytałem, a może miałby Pan dla mnie jakąś radę?” “Radę?” – powtórzył moje pytanie, jakby smakował je na języku. „Rada jest jedna. Trzeba sobie radzić w życiu… (śmiejąc się głębokim, niskim, szorstkim głosem starca)”.

I w tym jednym, genialnym w swojej prostocie zdaniu, zamknięta była cała mądrość człowieka, który przeżył więcej niż ja zdążę kiedykolwiek przeczytać. Ta chwila pod ochockim Zieleniakiem stała się dla mnie punktem zero. Zrozumiałem, że zanim zaczniemy w ogóle rozmawiać o technologii, o aplikacjach i procesorach, musimy porozmawiać o tym właśnie. O ludzkiej sile, która każe nam iść do przodu, adaptować się i oszukiwać biologię.

„Przecież dzięki temu mogę czytać i pisać”

Kilka dni później szedłem ulicą Mazowiecką. Z naprzeciwka, dynamicznym, pewnym krokiem, zbliżał się facet w długich włosach. W ręku trzymał białą laskę, którą z precyzją chirurga badał świat przed sobą. Coś kazało mi się zatrzymać. Podszedłem, przedstawiłem się i zapytałem, czy mogę mu na chwilę przeszkodzić. Moje pytanie było jedno: „Czy korzystał Pan może kiedyś z interfejsu głosowego?”.

Jego reakcja była natychmiastowa. Z jego twarzy zniknęło zdziwienie, a pojawił się entuzjazm. „Panie, oczywiście! Tryb głosowy to dla mnie podstawa” – odpowiedział. „Przecież dzięki temu mogę czytać i pisać maile. Mogę konsumować treści, które kiedyś były dla mnie kompletnie niedostępne!”.

W tym momencie dotarło do mnie, że telefon w jego kieszeni stał się jedną z najpotężniejszych protez w historii ludzkości. Proteza zmysłu. Tak jak kiedyś kawałek drewna zastępował nogę, tak dziś chmura obliczeniowa, zamknięta w szklanym prostokącie, zastępuje oczy. To czytnik etykiet w sklepie, lektor książek, osobisty asystent, który pisze pod jego dyktando. Modele językowe, o których tyle się dziś mówi, dla niego nie są ciekawostką do generowania śmiesznych obrazków. Są oknem na świat. Umożliwiły dostęp do informacji i kultury w sposób, który jeszcze pokolenie temu należał do sfery marzeń z filmów science fiction.

Gdy kończyliśmy naszą krótką rozmowę, rzucił na odchodne: „Do usłyszenia, panie Karolu”. Zamurowało mnie. Ja sam, żeby zapamiętać czyjeś imię, muszę spędzić z tą osobą dwie godziny, nagrywając podcast (kto mnie zna, ten wie, że z trudem zapamiętuję twarze i imiona). On, zaczepiony w przelocie przez obcego człowieka, wychwycił imię i zapisał w pamięci natychmiast. To był dowód na to, czym jest neuroplastyczność  w praktyce. Na to, jak mózg, pozbawiony jednego kanału percepcji, wyostrza inne. Uważność, słuch, pamięć, które stają się jego supermocami.

Człowiek wspinający się po żurawiu

Idąc dzisiaj rano do biura zauwazyłem, jak po jego metalowym kręgosłupie, po tej stalowej drabinie do nieba, wspina się malutka postać operatora z plecakiem. To był obraz hipnotyzujący. Zrozumiałem. Ten człowiek to metafora. To każdy programista, inżynier i projektant, który tworzy narzędzia, z których korzysta człowiek z Mazowieckiej. To oni są tymi cichymi operatorami dźwigów naszej cywilizacji (tu ukłon w stronę Maxa Salamonowicza i całego Zespołu migam.pl).

Ten dźwig, o którym piszę. Dla uważnych – znajdź operatora.

Wspinają się po drabinach kodu, po rusztowaniach algorytmów, by dać nam wszystkim dźwig do przenoszenia rzeczy, które kiedyś były nie do ruszenia. Nie cegieł i stali, ale informacji, wiedzy, dostępu, możliwości. Ten żuraw to właśnie te modele językowe. A człowiek wspinający się w pocie czoła, to dowód na to, że za każdą rewolucją technologiczną stoi po prostu czyjaś praca, upór i wizja.

Jaki z tego morał?

Mamy więc trzy filary, na których wspiera się nasz świat. Nieugięta wola życia staruszka z Banacha – siła przetrwania, która mówi: “nie poddam się”. Drugi to człowiek z Mazowieckiej, dla którego technologia stała się protezą, pozwalając mu oszukać biologię i sięgnąć po niemożliwe. Trzeci to operator żurawia – symbol ludzkiej pracy i geniuszu, który buduje narzędzia potężniejsze niż kiedykolwiek.

Wola. Adaptacja. Tworzenie. Historia ludzkości w pigułce. A technologia? Nie jest czwartym filarem. Jest dźwignią, która każdy z tych trzech elementów tylko potęguje.

I tu stajemy przed fundamentalnym wyborem, o którym rzadko myślimy.

Człowiek z Mazowieckiej użył technologii, by wzmocnić to, co już w sobie miał – wyostrzone zmysły. My jednak coraz częściej używamy tej samej technologii jak wygodnego fotela, który zwalnia nas z potrzeby wstawania. Zamiast wzmacniać, zaczynamy zastępować. Oddajemy orientację w terenie mapom Google. Oddajemy pamięć o bliskich social mediom. Oddajemy proces twórczego myślenia czatbotom.

Ostateczne pytanie nie brzmi więc, czy technologia nas zniszczy. Pytanie jest o wiele bardziej osobiste…

Staruszek pod Halą Banacha rzucił mi prawdę prosto w twarz: „Trzeba sobie radzić”. Spójrzmy w lustro i zapytajmy: czy dzisiaj, kiedy wszystko może być za nas zrobione, my jeszcze chcemy sobie radzić?

Czy może ten najważniejszy ludzki mięsień – sama wola – staje się pierwszą rzeczą, którą z ulgą oddajemy maszynie?

Niech #AI będzie z Wami!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *